Brak komentarzy

Poznański Bieg Niepodległości – czyli jak nie organizować zawodów biegowych

Swój wpis rozpocznę tymi samymi słowami, którymi go zakończę: Poznański Bieg Niepodległości? NIE POLECAM!!!

Był to mój zaledwie drugi start w tym roku i czwarty w ciągu ostatnich dwóch lat, a swego czasu biegałem naprawdę sporo i to całkiem przyzwoicie. Po takiej przerwie i braku regularnego udziału w tego typu zawodach, z przyjemnością wybrałem Poznań, jako miasto szczególne na mej „życiowej mapie biegowej”.

Niestety stolica „Pyrlandii”, choć ma bogatą historię biegową, tym razem posłuży za przykład, jak nie należy organizować zawodów biegowych.

Nieciekawa tendencja

Zanim zacznę „pastwić” się nad Poznańskim Biegiem Niepodległości, wspomnę, że odnoszę ogólne wrażenie, iż w Polsce panuje tendencja do oferowania mniej za więcej. Tzn. płacicie coraz więcej, dostając coraz gorszy produkt, przy czym wmawia się Wam, że jest super…

Oczywiście atmosfera święta biegowego, to jest coś czego nie da się wycenić, i zawsze na zawodach jest niesamowita, co przyciąga wielkie rzesze amatorów biegania. Gdyby jednak porównać, jak organizowano zawody kilka lat temu, kiedy organizatorom zależało, na popularyzowaniu biegania. I zestawić to z dzisiejszymi „masówkami”, w których chodzi już tylko, o… (wiadomo!) o pieniądze, to obiekcje wydają się być uzasadnione. Zresztą oceńcie sami…

Po kolei..! I wróćmy do Poznania!

23472340_10208245832062527_1864302188556015387_n

Pakiet startowy

O ile można dyskutować nad wyborem pamiątkowych czapek, zamiast standardowych koszulek, to pustka w przestrzeni wielkiej reklamówki – w którą zapakowano jedynie wspomnianą czapkę i numer startowy – była dość zaskakująca. Wyobraźcie sobie, że na Święta przychodzi do dzieci Gwiazdor (Święty Mikołaj) z wielkim workiem – w domyśle prezentów – wyobraźnia dzieci się rozbudza, a znajdują w nim po czekoladzie i parze skarpet – słabo prawda? Siatka naprawdę duża, a nie było tam nic, nawet ulotek.. 😀 wyglądało to komicznie. Co również mówi samo za siebie – dziewczyny wydające pakiety nie chciały dać koleżance dodatkowych kilku agrafek… Standardowy pakiet – przynajmniej takie jakie ja pamiętam – miał w sobie, wodę/izotonik, batony, mapki informacyjne, ulotki, zniżki, czasem oprócz koszulki, dodatkowy gadżet. Widać standardy się zmieniają.

 

Biegnij po życiówkę!

Tak – to był mój cel na te zawody! Dać z siebie wszystko i wyśrubować życiówkę! Niestety nie było pacemakerów, którzy rok temu w Warszawie pomogli mi przekroczyć granice 40 min na dystansie 10 km. Trudno! – samemu dam radę, albo podczepię się pod kogoś mocniejszego – pomyślałem. Organizatorzy podzielili uczestników na kategorie, co miało m.in. usprawnić start w grupach czasowych. Ze swoim wynikiem sprzed roku wpisywałem się do kategorii A – nieskromnie dodam, że najwyższej. Ku memu wielkiemu zaskoczeniu w drodze do właściwej strefy, zauważyłem, że na numerze startowym widnieje kat. E – zatem ostatnia. To oznaczało jak wyrok – wiedziałem, że przy takim układzie nie mam szans na wymarzony wynik. Po prostu zawsze lepiej biegnie się z zawodnikami trochę lepszymi od samego siebie – takie osoby mogą nas zmotywować i pociągnąć do przodu. Po drugie na końcu często są największe tłumy, przebicie przez nie kosztuje sporo sił, a przede wszystkim tak cennego czasu! Ostatecznie mimo ochroniarza, który skrupulatnie sprawdzał numery startowe, udało mi się go przechytrzyć i wślizgnąć się do strefy A, niczym przebiegły lis do kurnika! 😀 Co nadal nie zmienia faktu, że przypisano mi niewłaściwą strefę startową.

23435175_10208245833662567_5486283389977323687_n

 

Trasa biegu

Jak już punktuje, to i tutaj się przyczepie. Trasa sama w sobie była ciekawa, wiodła nie tylko przez główne ulice Poznania, ale poprowadzono ją przy Cytadeli – miejscu, w którym swego czasu trenowałem. Skoro jednak mowa o Święcie, to… świętujmy..! 😉 na trasie brakowało zespołów i muzyki, które to są nieodłącznym elementem poznańskich półmaratonów. Myślę, że gdzieś w okolicach 5 km powinny pojawić się także stanowiska z wodą czy izotonikiem – zawsze przyjemnie choćby przepłukać sobie usta. Tymczasem spotkałem się z komentarzem organizatorów, w którym zalecają, że „jeśli komuś chce się pić na trasie, niech zabierze ze sobą butelkę z wodą”… W swej bezczelności byli wręcz zabawni.

Utrzymaj ciepło!

Jedna z podstawowych zasad każdej dyscypliny sportu. Uwierzcie, że nie jest to łatwe, szczególnie gdy nie pomaga Wam, w tym sam organizator. Mamy połowę listopada, pogoda w naszym klimacie łatwa do przewidzenia – tzn. o ile cudu nie będzie, ani słońce, ani temperatura w tym okresie nas nie rozpieści. Tymczasem po przekroczeniu linii próżno było liczyć na folię NRC. W momencie gdy człowiek jest przepocony, a organizm po biegu osłabiony, podatny na czynniki zewnętrzne, bardzo łatwo o przeziębienie. Tak podstawową rzecz w tych warunkach, powinien zapewnić organizator. Jeśli chodzi o finanse i uznaliby, że pakiet był zbyt „tani”, myślę że każdy mógłby te 2 zł dopłacić… Już nie będę wspominał o oddalonym od startu biurze zwodów i depozycie, ale to też dość powszechna praktyka – w końcu ciężko znaleźć miejsce, by obsłużyć taką masę ludzi..!

23434747_10208245830582490_1045359014007355191_n

Uff! To już meta!

Jako fan rogali Marcińskich, nie mogłem doczekać się kalorycznego rogala, którego na mecie miał otrzymać każdy uczestnik. I cóż… jeśli to był rogal Świętomarciński, to ja jestem świętym Marcinem. Miniaturka rogala, którą nam zaserwowano, delikatnie rzecz ujmując była niesmaczna, do tego butelka zimnej wody… Myślę, że przy temperaturze 5 stopni, wietrze i przelotnym deszczu, bardziej zasadne byłoby podanie gorącej herbaty z cukrem, którą niejednokrotnie miałem okazję być użyczony podczas zawodów w okresie jesienno-zimowym. Gdyby ktoś po raz pierwszy spróbował nasz produkt regionalny na tym biegu, to gwarantuje, że nie byłaby to najlepsza promocja Świętomarcińskiego przysmaku. Mimo wszystko ponoć byłem „szczęściarzem” – niektórzy znajomi rogala w ogóle nie dostali.

Z życiówką i… medalem

Starając się znaleźć pozytywy tego biegu, na pewno warto powiedzieć o medalu. Nie był tak unikatowy, jak zeszłoroczny (w formie Szczerbca), jednakże kształt tarczy z symbolami Poznania myślę, że wpisuje się w klimat Święta Niepodległości. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o życiówce, którą udało mi się poprawić o… 2 s, słownie: dwie sekundy. Uzyskując czas 39.38 min co dało mi 166 miejsce przy blisko 9 tys. zawodników. Jak niektórzy dowcipni powiadają: „zrobiłem progres” 😀 . Niby nieźle, ale czułem w nogach, że to nie mój dzień i stać mnie na znacznie więcej. Może innym razem! 😉

23434768_10208245827142404_2209424189974601880_n

 

Dokąd to wszystko „biegnie” (zmierza)?

Odnoszę nieodparte wrażenie, że masowe zawody biegowe stały się w większości już tylko formą zarobków dla jego organizatorów. Z drugiej strony tak wysokie limity uczestników dają możliwość uczestnictwa wszystkim zainteresowanym. Pokazałem Wam jednak jak wyglądały zawody do tej pory i czego można wymagać decydując się na start. Kto wie, może wkrótce w ramach „pakietu” organizator będzie nam gwarantował tylko pomiar czasu… Na szczęście jest jeszcze wiele mniejszych, ciekawszych zawodów, w których dla organizatorów liczy się każdy zawodnik.

O ile czas i zdrowie pozwolą, zapewne postaram się w najbliższym czasie przetestować w Poznaniu jeszcze inne biegi. Mam nadzieję, że ukończę je w zupełnie odmiennym nastroju.

Poznańskiego Biegu Niepodległości jednak szczerze NIE POLECAM!!!

Dodaj komentarz