Brak komentarzy

Gruzińska opowieść o krainie Swanetii. Część 2

Na mapie określiliśmy mniej więcej swoje położenie. Kompas wskazał kierunek marszu i gdzieś „tutaj” w gęstej, wysokiej po kolana trawie miał się znajdować ów szlak. Niestety – czego można było się spodziewać – zapewne był on już dawno zarośnięty.  Zbocze stawało się na tyle strome, że mimo kijów trekkingowych z trudem utrzymywaliśmy się na nogach, by w pewnym momencie zjeżdżać na plecakach w dół. Nie było to ani łatwe, ani przyjemne.

Brnąc w górskim potoku

W mękach dotarliśmy do strumienia, który zgodnie z mapą prowadził do wąwozu. Po kilkudziesięciu minutach przeprawy stromym zboczem, wzdłuż potoku, kiedy to po raz kolejny o mało co nie zsunąłem się w sposób niekontrolowany wprost do wody – miałem dość! Wpadłem na pomysł by zdjąć buty trekkingowe, założyć sandały i dalej iść strumieniem. Choć wymagało to zwiększonej uwagi, by się nie poślizgnąć, to schodziło się znacznie sprawniej, a zimna woda tym razem dawała stopom wytchnienie i ukojenie.

Byłem wykończony, w duchu przeklinając chwile, w której podjęliśmy decyzję o zejściu z właściwego szlaku. Plecak ciążył coraz bardziej, nogi z każdym krokiem stawały się słabsze, organizm żądał ciepłego posiłku.  Szliśmy w ciszy, każdy swoim tempem, byle do przodu. Droga prowadząca strumieniem była przyjemniejsza, ciekawsza, ale zdawała się nie mieć końca.  Po dwóch godzinach wąwóz wyraźnie zbliżył się ku naszym oczom. Wtedy też przez głowę przeszła mi myśl, ze niejeden górski potok kończy się wodospadem.

10635826_282014998668905_6531215082237237455_n

Nie minęło 20 minut, bym mógł potwierdzić swą jakże trafną tezę. Na końcu pozostał jeszcze do pokonania 30/40 metrowy wodospad. Maciek patrzył na to chyba z przerażeniem, może niedowierzaniem, w każdym bądź razie nie wyglądał na zachwyconego. Sam byłem podekscytowany! Zaczynałem wtedy przygodę ze wspinaczką…

Zaskakująca wspinaczka

Choć buty trekkingowe zdecydowanie odstawały od tych używanych na bulderowni, to od dziecka zawsze lubiłem wspinać się w różne miejsca (poczynając od starej stodoły, na drzewach kończąc). Zarządziłem byśmy zdjęli plecaki i po krótkim odpoczynku poszedłem pierwszy przetrzeć drogę. Chwyty były dobre, stopnie szerokie wiec pierwszy 5m odcinek pokonałem bardzo sprawnie, nieznacznie kalecząc ręce. Następny śmiałek opuścił plecaki, po czym sam w mgnieniu oka zszedł w dół. Stad mieliśmy kilka, może kilkanaście metrów płaskiego zejścia, a po nich 25 metrową ścianę wodospadu, którą obeszliśmy bokiem.

10624709_282014858668919_2889007381809710787_n

Jak pech to pech!

Wprawdzie dotarliśmy do szlaku, jednak trudy obranej przez nas drogi, kosztowały dużo siły, a zamiast zyskać, straciliśmy jeszcze więcej czasu. Miejsce u podnóża pokonanego wodospadu, okraszone ostatnimi promieniami słońca wyglądało bajecznie. Rozeznałem się w terenie i doszedłem jednak do wniosku, iż ciężko będzie znaleźć odpowiednia ilość chrustu by rozpalić ognisko. Spojrzałem na mapę i zdecydowałem, ze pójdziemy do jednej z najbliżej położonych wiosek, gdzie ktoś uraczy nas tak upragnionym wrzątkiem. Pomysł w swych założeniach nie był zły, choć jak mawia stare polskie przysłowie: „nieszczęścia chodzą parami”.

Po chwili od wymarszu niebo zaszło chmurami i zaczął padać rzęsisty deszcz. Droga po raz kolejny zdawała się nie mieć końca. Przy stromym zboczu nie było mowy, żeby gdziekolwiek stanąć i rozbić namiot. Szedłem szybkim tempem, z przodu – wściekły ze zmęczenia.

Z gruzińską gościnnością jak z każdą…  Różnie bywa

Po około 2h doszliśmy do niewielkiej osady. Nieopodal jednego z domostw spotkaliśmy młodego Gruzina, który z entuzjazmem zareagował na wieść o tym, ze jesteśmy z Polski. Do Swanetii nie zabraliśmy ze sobą więcej gotówki, aniżeli miałoby starczyć na powrót marszrutką z docelowej Uszguli. Poprosiliśmy więc o kawałek płaskiej ziemi oraz wrzątek, tak niezbędny do przyrządzenia ciepłego, odżywczego posiłku, o którym każdy z nas marzył przez cały dzień. Po konsultacji ze swym wujem młody Gruzin wrócił z decyzją odmowną – pal licho ich legendarną gościnność (zakląłem w duchu)! „Biznes is biznes” jakby to ujął Max Kolonoko.

Pozostał nam nocleg w przemoczonym namiocie,  pod płotem jednej ze starych chat, wśród licznie pasących się krów i błąkających psów. Wraz z zachodem słońca zakończyliśmy swój najdłuższy, a jednocześnie najcięższy i nieprzewidywalny dzień w Swanetii.

11

Nazajutrz wypogodziło się. Strudzeni wędrówką dnia poprzedniego mozolnie zwinęliśmy nasze obozowisko. Ruszyliśmy w kierunku głównego szlaku wiodącego do najwyżej położonej wioski w Europie. Ku naszemu zaskoczeniu droga, której do niedawna nie można było pokonać bez auta terenowego, okazała się bardzo ruchliwą trasą. Co chwila mijały nas marszrutki wiozące turystów wprost do Uszguli.

10349003_282015012002237_2165292880070126920_n

Plecy miałem mocno obtarte od plecaka, a z twarzy nie schodził grymas. Jedynym posiłkiem w drodze do celu był chleb (tamtejszy nie robi się czerstwy) z proszkiem z zupki pomidorowej „amino”. Istny akt desperacji, dla uzyskania walorów smakowych tudzież odżywczych, których naturalnie nie było, bo w takim połączeniu, być nie mogło! Każdy z nas założył MP3 i ze spuszczoną głową szedł przed siebie. Mi towarzyszyły dźwięki zespołu Akurat i utworu „Długa droga”. W istocie droga krótka nie była, a do tego coraz bardziej ruchliwa i stroma.

10563014_282014895335582_1808581694271015468_n

Zostawiłem Macieja w tyle. Przy takim poziomie zmęczenia w trakcie marszu nie sposób było prowadzić konwersacje. W pewnym momencie straciłem go już z pola widzenia. Szedłem, szedłem, aż nagle jakieś terenowe auto zatrzymało się na mojej wysokości. Uśmiechnięty kierowca zaczął namawiać mnie, bym zabrał się z nim. Totalnie zaskoczony, na tylnym siedzeniu dostrzegłem zadowolonego Macieja. Mimo, że nasz wybawca nie znał ani języka angielskiego, ani rosyjskiego, to był na tyle kontaktowy, że znaleźliśmy wspólny język. Tak oto szybko i przyjemnie pokonaliśmy resztę drogi wiodącej do najwyżej położonej wioski w Europie.

10497863_277626265774445_1987108019724601349_o

Upragniona Uszguli

Uszguli – usytuowana u podnóży zaśnieżonych szczytów Kaukazu robiła wrażenie, jednakże ilość marszrutek i turystów, którzy dzięki nim mogli się tam dostać gdzieś zatraciła magie i klimat, o którym tyle wcześniej się naczytałem. Inaczej wyobrażałem sobie miejsce, do którego przyszło mi iść w wielkich trudach ponad 3 dni. Na jednym z tamtejszych domów wisiała nawet polska flaga, a pewien napotkany mały chłopczyk był tak obeznany w sztuce sprzedaży towaru (jakim były po prostu noclegi), że perfekcyjnie znał angielski, co w całym kraju było bardzo rzadko spotykane.

10522645_282009722002766_1049281681538735744_o

Tak oto miejsce, do niedawna dostępne dla nielicznych, nietknięte przez zachodnią cywilizacje powoli staje się zwykłym produktem na sprzedaż. Wyszliśmy na wzgórze ponad wioskę, by rozkoszować się krajobrazem Kaukazu. Niestety mimo słonecznej pogody, szczyty gęsto przykryte chmurami tylko momentami pozwalały nam podziwiać cały swój majestat. Wykończeni fizycznie, wygłodniali, z bagażem niecodziennych i niezapomnianych przeżyć  wróciliśmy tam gdzie podczas naszego dwudziesto-dniowego pobytu w Gruzji prowadziły wszystkie drogi czyli do Kutaisi…

Dodaj komentarz