Brak komentarzy

Gruzińska opowieść o krainie Swanetii. Część 1

Wyruszamy z Mestii

Słońce już dawno schowało się za horyzontem, a swój blask pokazał księżyc, co zmusiło nas do założenia czołówek. Droga z Mestii nie była ciężka – pod górę, asfaltowa. Byliśmy wypoczęci, nie zamierzaliśmy nocować w miasteczku, szliśmy przez las w nadziei, że po kilkugodzinnym nocnym marszu znajdziemy miejsce na „legowisko”. Po upływie zaledwie godziny z ciemności zaczęły zbliżać się światła nadjeżdżającego auta.

Zatrzymało się na naszej wysokości, a z niego wyskoczył Gruzin, który zaproponował, że nas podwiezie. Skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji. Nasz dobroczyńca jako jedyny z trzech współtowarzyszy podróży znał angielski, co znacznie ułatwiło komunikacje.

Droga z asfaltowej zamieniła się w leśną, by wreszcie przejść w górską, zaminowaną kamieniami i gęsto pokrytą dziurami. Sympatyczni Gruzini podrzucili nas około 25km. W tych warunkach zajęło to ponad godzinę. Wysiedliśmy przy posterunku policji, gdzie po uprzednim zawiadomieniu Policjantów mogliśmy przenocować. Jedyne sensowne miejsce na rozbicie namiotu, zajmowała… krowa. Posterunkowy bez wahania przegonił zwierzę, a my, mimo otaczającej ciemności bardzo sprawnie rozbiliśmy nasz niewielki namiot.

Posterunek Policji

Poranek standardowo przywitał nas deszczem, przez co wymarsz uległ opóźnieniu. Policjanci z własnej inicjatywy użyczyli wrzątek, który przy naszym zaopatrzeniu (głównie suchy prowiant) był zbawienny, a którego brak na końcu naszej wyprawy przez niepasujący do gazówki kartusz okazał się przekleństwem. Odpowiednio posileni nie czekając , aż wyschnie namiot wyruszyliśmy w drogę.

Wioska, do której dotarliśmy w nocy, a której oblicze ujrzeliśmy wraz z pierwszymi promieniami słońca, sprawiała wrażenie opuszczonej. Błąkające się psy, powalone kamienno – drewniane domy, wysuszone twarze staruszków, śledzące gdzieś zza okien dwóch obcych przybyszy. Deszczowy, ponury krajobraz niczym z dobrego dreszczowca. Dalej udaliśmy się ścieżką w górę rwącego potoku. Droga prowadziła szerokim wąwozem przez kompletne pustkowie. Gdzieniegdzie pasły się samotne stada krów, do których  przez pryzmat całej Gruzji zdążyłem się już przyzwyczaić.

Adishi – najpiękniejsza z kaukaskich osad

Wychodząc z wąwozu, naszym oczom ukazała się wielka górska polana. W centrum usytuowana była wioska Adishi. Nad nią w tle królowały zaśnieżone szczyty Kaukazu. Niebo w przeciwieństwie do poranka przybrało barwę błękitu. Do wioski prowadziła wąska ścieżka, odgrodzona starym drewnianym płotem, porośnięta z obu stron wysoka trawą i polnymi kwiatami. Wszystkie te drobne szczegóły tworzyły niesamowity baśniowy klimat rodem z przypowieści Tolkiena.

Adishi

Adishi – osada większa od swojej poprzedniczki z podnóży potoku również nie tętniła życiem. Wyglądała jak wielkie kamienne gruzowisko. Obronne wieżyczki pamietające pierwsze najazdy Rosjan wyglądały monumentalnie i nadawały średniowiecznego surowego klimatu twierdzy, która w przeszłości musiała odpierać niejedno oblężenie. Aż trudno było uwierzyć, że ktoś może tu jeszcze żyć. Niewiele domów nadawało się do tego, by w nich zamieszkać. Droga przez wioskę wiodła wąskimi uliczkami, gdzie na każdym kroku spotykaliśmy zwierzęta gospodarstwa domowego. Adishi pożegnała nas tak samo jak przywitała – czyli ciszą, co tylko dodawało jej tajemniczości.

Adishi 2

Szliśmy cały czas nad wąwozem gdzie wzdłuż potoku rozciągały się wielkie połacie wrzosowisk. Wraz z końcem dnia lodowiec był już na tyle blisko, ze jego chłód i rześkie powietrze  śmiele wdzierały się w nozdrza strudzonych wędrowców. W tym miejscu szlak przecinał rwący potok mający swe źródło w  sercu topniejącego lodowca. O tej porze dnia poziom wody był zbyt wysoki by przeprawić się na drugą stronę brzegu. Po dość długich rozważaniach postanowiliśmy wspólnie z Maciejem, że przenocujemy po zachodniej stronie potoku, by przeprawić się przez niego o świcie.

Pośród  niewielkich drzew skąpo obrastających skalisty brzeg, trafiliśmy na płaski, trawiasty kawałek ziemi gdzie można było rozbić obóz i jednocześnie osłonić się przed wzmagającym wiatrem. W tym samym miejscu stacjonowała już grupka Ukraińców z Kijowa.

5

Odniosłem wrażenie, że byli do nas wręcz negatywnie nastawieni.  Sympatii naszej na pewno nie zyskali, ale wdzięczność jak najbardziej – pozbawieni kartusza pasującego do gazówki skorzystaliśmy z ich ogniska by przyrządzić ciepły posiłek. Choć było to tylko puree z kabanosami to po całym dniu marszu z ponad 25kg plecakiem smakowało wybornie!

Tak oto księżyc zamienił się miejscem ze słońcem, a górskie powietrze dało spokojny sen dzielnym podróżnikom.

Przeprawa przez rwący potok

Poranek był zimny, a namiot przemoczony od osadzającej się gęsto rosy. Obóz zwinęliśmy znacznie szybciej aniżeli Ukraińcy i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy w stronę potoku. Zgodnie z przewidywaniami, spadek temperatury w nocy, znacznie obniżył poziom wody. Rwący potok nadal budził respekt, jednakże szansa przeprawienia się na drugą stronę zdawała się być znacznie realniejsza. Pierwszy ruszył Maciej. Z uwagą wypatrywałem jak sobie poradzi, z tą iście survivalową przeszkodą. Przeszedł niepewnie, acz stosunkowo sprawnie.

Przyszła kolej na mnie. Perspektywa wywrotki, a w następstwie 2 dni marszu z mokrym bagażem – była wręcz apokaliptyczna! Popełnienie błędu w tym miejscu nie wchodziło w grę! Buty przytroczyłem do plecaka, spodnie podwinąłem na wysokość połowy uda, wojskowy kapelusz włożyłem na głowę, wziąłem głęboki oddech i ruszyłem niczym Clint Eastwood pozbawiony rumaka w westernie. Lodowaty strumień wody przenikał skórę do kości, rażąc je co krok dawką zimna . Kije trekkingowe, do których podróżując po Tatrach miałem sceptyczne nastawienie – tutaj były gwarantem utrzymania równowagi. Bystry potok, na każdym kroku starał się zwalić mnie z nóg, miejscami sięgając znacznie powyżej poziomu kolan.

6

Z tego pojedynku z naturą wyszedłem obronną ręką. Przeszedłem bez szwanku, z co najwyżej lekko pomoczonymi spodniami. Nigdy nie zapomnę bólu jaki towarzyszył nogom po wyjściu z wody – niespotykane uczucie! Rozbiegałem, roztarłem i krążenie wróciło do normy. W międzyczasie dogoniła nas grupka Żydów, którzy przez potok przeprawili się na…  koniu opłacając chłopaka z wioski Adishi.

Lekkomyślność w wysokich górach

Dalej droga prowadziła stromym zboczem,  wśród gęsto rosnących rododendronów. Wspięliśmy się na płaski szczyt o wysokości ponad 3 tys. metrów. Stamtąd rozpościerał się  niesamowity widok na lodowiec i wąwóz, którym szliśmy przez większość poprzedniego dnia. W tym miejscu zrodził się szalony… poprawka! Mówmy do rzeczy – głupi pomysł! Na mapie naniesiony był szlak, który znacznie skracał drogę w dół, jednakże oznaczony jako „tylko z przewodnikiem”. Naturalnie wybraliśmy opcje: „na szage”. Będzie szybciej – głośno pomyśleli! I tak głupota zatriumfowała przed rozsądkiem…

Dodaj komentarz