Brak komentarzy

Rysy – majowe wejście w zimowych warunkach

Dzień wcześniej nie czułem się przekonany do pomysłu wejścia na Rysy.

Pogoda była niepewna, szczyt co chwila tonął w chmurach. Istniało wyraźne zagrożenie lawinowe.

Po ostatnich intensywnych dniach, w których spałem niewiele, a jednocześnie wszedłem na Kościelec oraz Szpiglasowy Wierch, nie byłem w najlepszej kondycji fizycznej.

Dochodziło do tego niewielkie doświadczenie, jakie do tej pory zdobyłem w trekkingu zimowym w Tatrach Wysokich.

Moje nastawienie zmieniło się wieczorem w schronisku. Świętując skromnie urodziny, poznałem „niedoszłego przewodnika” i jego kolegę. Wtedy nabrałem nieopisanej ochoty, by jednak po raz pierwszy w zimowych warunkach spróbować wejść na Rysy. Przekonałem sceptycznie nastawione dziewczyny z mojej ekipy i razem postanowiliśmy wyruszyć o 5 rano w stronę najwyższego szczytu Polski…

Widok na żleb pod Rysami

Poranek

Niestety nowo-poznani towarzysze (na których doświadczenie, nie ukrywam liczyłem), krótko mówiąc nie dali rady wstać, co było naturalnie następstwem poprzedniego wieczoru.

Obudziłem się z myślą wejścia na Rysy – rezygnacja w tym momencie nie wchodziła w grę!

Zmobilizowałem dziewczyny! Wyruszyliśmy w trójkę, dopiero koło godziny 8.

Pogoda dopisywała, dni były już długie wiec czas nie naglił.

W przeciwieństwie do Morskiego Oka, Czarny Staw skuty był jeszcze lodem.

Czarny Staw

Iść czy nie iść – oto jest pytanie?

Obeszliśmy go dookoła, po czym wywiązała się krótka dyskusja nt. panujących warunków. Teoretycznie istniał 2 stopień zagrożenia lawinowego. W praktyce, ze wschodnich szczytów, prawą stroną żlebu, samoistnie schodziły lawiny. Mniejsze, większe, jedna za drugą.

Marlena zrezygnowała, podobnie dwójka chłopaków przed nami i jak się później okazało, inna zorganizowana grupa z przewodnikiem, która szła z tyłu.

Dla mnie poziom ryzyka był akceptowalny.

Namówiłem Natalie. Postanowiliśmy we dwójkę podejść wyżej i wtedy ostatecznie zadecydować, czy podjąć próbę zdobycia szczytu.

Niepewne warunki na szlaku

Przed nami, w oddali widać było dwie ekipy wspinające się w górę.

Niebo było czyste, prawie bezchmurne, śnieg zaś mokry, niezbyt przyjemny. Łatwo można było „wyjechać” nawet w rakach. Szliśmy lewą stroną żlebu, po w miarę dobrze widocznych śladach.

Z prawej strony, w odległości kilkudziesięciu metrów nieustannie schodziły lawiny. Niektóre z wielkim hukiem, wybijały się ze szczytów niczym wodospad, zabierając ze sobą tony białego puchu. Inne spokojnie, niezauważalnie osuwały się w dół.

Podchodziliśmy równym tempem, zachowując między sobą odpowiedni, bezpieczny odstęp. Krok za krokiem zdobywając wysokość.

DSC_0420

„Kto nie ryzykuje…”

Pod bulą w żlebie, na szlaku pojawił się krótki odcinek, w którym widoczne były ślady zejścia lawin. W tym miejscu, przyszło zwątpienie, czy aby na pewno rozsądnie jest iść dalej…

„Kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije” rzekła Natalia, po czym sprawnie przeszliśmy lawinowisko.

Wyżej było jeszcze bardziej stromo. Każdy krok, wbicie czekana, wymagał zwiększonej uwagi i czujności. Na tym 2 godzinnym odcinku z trudem było szukać płaskiego miejsca, by móc dać wytchnienie zmęczonym już nogom.

Tuż za „bulą”, szlak prowadził żlebem, bezpośrednio przy lewej ścianie szczytów.

Żmudne podejście miało swój kres na wysokości półki skalnej, której przejście latem niejednemu turyście dostarcza sporą dawkę adrenaliny. Stamtąd pozostało już tylko około 10 minut wąskim przesmykiem.

Na szczycie Rysów

Zimowe podejście zakończone sukcesem!

Na szczycie nie wiało, a słońce przyjemnie grzało!

Pogoda po raz kolejny pozwoliła mi oglądać Tatry w całej swej okazałości.

Zmęczenie dawało we znaki, przez co obawiałem się zejścia.

Przed nami widniała perspektywa 3 godzin wędrówki w dół, gdzie jeszcze łatwiej o błąd i poślizgnięcie.

No to zjeżdżamy!

Moje obawy rozwiały się, kiedy Natalia zaproponowała, żebyśmy po prostu zjechali.

Znałem technikę hamowania z czekanem w teorii, przyszedł czas na praktykę!

W dzieciństwie, nigdy sanki nie sprawiły mi tyle radości, co zjazd „na tyłku” żlebem z Rysów.

Ten jakże oryginalny pomysł, nie tylko sprawił mi nieopisaną frajdę, pozwolił zaoszczędzić około godziny zejścia, ale też co najważniejsze – dostarczył sporą dawkę doświadczenia!

Na wysokości wspomnianej już „buli pod Rysami”, nagle się poślizgnąłem. Czekan wypadł mi z ręki i niekontrolowanie zacząłem osuwać się w dół. Zachowałem zimną krew, złapałem czekan i podobnie jak przy zjazdach – przycisnąłem go mocno do klatki piersiowej, wyhamowując kilka metrów niżej.

Dalej zejście przebiegło już spokojnie. Na chwile zgubiliśmy szlak, trafiając na niego z powrotem po kilkunastu minutach.

DSC_0405

Do schroniska wróciliśmy po około 6 godzinach. Przemoczeni, zmęczeni, ale przede wszystkim zadowoleni!

Nic nie daje tyle wewnętrznej radości i satysfakcji, co podjęcie wyzwania. Pokonywanie słabości własnego ciała, strachu, poczucia niepewności. Zmierzenie się z tysiącem sprzecznych myśli prowadzących Cię, krok w krok, coraz wyżej i wyżej, by w nagrodę stanąć na chwile na szczycie, napić się gorącej herbaty, mając całe piękno i majestat natury u swych stóp .

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz