Brak komentarzy

W poszukiwaniu wiosny w Tatrach

Połowa kwietnia 2016 roku.

W ciągu dwóch dni zdecydowałem się, spakowałem i korzystając z wolnego weekendu postanowiłem wyruszyć w Tatry. Moja pierwsza wyprawa w góry w tym okresie, jak również pierwsza w pojedynkę. Mimo zapowiadanych fatalnych warunków atmosferycznych, wieści o polanach pełnych krokusów zachęcały do wyjazdu. Czułem też wewnętrzną potrzebę udania się w miejsce, w którym oddycham pełną piersią, gdzie serce mocniej bije.

Zejście do Doliny Strążyskiej

Pociągiem do Krakowa, a stamtąd dalej autobusem. Około 40 minut drogi przed Zakopanym, mym oczom ukazał się nieziemski widok. Na horyzoncie całe pasmo Tatr skąpane w krwawym niebie wschodzącego słońca. Byłem podekscytowany! Niestety aparat został w luku bagażowym.

Nagła zmiana planów

Koniecznie musiałem wykorzystać panujące warunki pogodowe. Zrezygnowałem z planowanych dolin i udałem się do Kuźnic. Postanowiłem przejść do Hali Kondratowej przez Kalatówki. W tym miejscu ku memu zdziwieniu polana była gęsto porośnięta krokusami. Dalej na Przełęcz pod Kopa Kondracką. Na Czerwonych Wierchach leżała gruba pokrywa śnieżna. Przy podejściu pod przełęcz brakowało mi kijów trekkingowych, które połamałem w lutym… Czekan podobnie jak raki, na mokrym śniegu nie do końca spełniał swe przeznaczenie.

Kalatówki

Na Kopie Kondrackiej halny wiał do tego stopnia, że z trudem mogłem utrzymać równowagę. Widoki niesamowite! Czułem, jakbym był bliżej raju, a niebo miał na wyciągnięcie ręki.
Kopa Kondracka
Następnie zszedłem w stronę Giewontu. O tej porze roku nie było tam ciągnących się w nieskończoność kolejek turystów. Wykorzystując ten fakt postanowiłem po blisko 20 latach wrócić na szczyt, którego symbolem jest gigantyczny krzyż. Do Zakopanego doszedłem przez Dolinę Strążyską. Tak zakończył się pierwszy dzień samotnej tułaczki.

Giewont

Dolina Kościeliska

W niedzielny poranek już zgodnie z planem wybrałem się do doliny Kościeliskiej. Wbrew obawom od samego rana było naprawdę niewielu turystów. Pogoda i widoki… cóż, jeżeli poprzedni dzień był cudowny, to nie znajduje słowa, by opisać kolejny.

Wiosna w całej swej okazałości zawitała do doliny. Kwitnące kaczeńce, krokusy, szum wzburzonego potoku i delikatny śpiew ptaków. Wędrując samemu, więcej widziałem i słyszałem. Chłonąłem naturę wszystkimi zmysłami.

Po drodze wszedłem do Wąwozu Kraków, przechodząc tym samym, przez Smoczą Jamę. Doszedłem do schroniska Ornak. Dalej po raz pierwszy żółtym szlakiem przez Iwanicką Przełęcz.

Dolina Kościeliska

W blasku promieni

Słońce cały czas grzało, temperatura bardziej przypominała tą z początków sierpnia. Maszerowałem w krótkim rękawku i krótkich spodenkach. Na szlaku było pusto, aż do Doliny Chochołowskiej. Ta z kolei przypominała autostradę ludzi pędzących w tę i z powrotem. Na polanie Chochołowskiej do teraz zastanawiam się czy było więcej krokusów czy turystów. Te pierwsze niestety w większości wydeptane przez tych drugich. Nie martwiłem się tym widokiem, już wcześniej zrobiłem fantastyczne zdjęcia i nacieszyłem spragnione oczy.

Polana Chochołowska
Ostatniego dnia przyszło zapowiadane załamanie pogody. Mimo, iż przez większość czasu mżył deszcz, to wybrałem się nad Czarny Staw Gąsienicowy. Tam w gęstej mgle krył się krajobraz zdecydowanie bardziej zimowy.

Choć początkowo miałem naturalne obawy co do wyjazdu w pojedynkę, po powrocie wątpliwości zostały rozwiane. Była to fantastyczna decyzja!

Przełęcz pod Kopa Kondracką

Wędrując samotnie

Podczas takiej wędrówki pojawiają się chwile refleksji, rozmyślań, ale przychodzą też do głowy fantastyczne pomysły, można rozwiązać samemu wiele problemów. Zatrzymujesz się gdzie chcesz, kiedy chcesz, czasem by zrobić tylko jedno zdjęcie. Droga się nie dłuży, niczego nie zdobywasz, nic nie musisz. Czas płynie inaczej. Trudno określić szybciej czy wolniej, myślę że po prostu gdzieś obok nas.

Oczywiście nie zamierzam zostać samotnym włóczykijem, ale z pełnym przekonaniem polecam każdemu tego typu wyprawę. By raz na jakiś czas, choć na chwile uciec od zgiełku codzienności.

Dodaj komentarz