Brak komentarzy

Droga na Kazbek. Część 2

Poranek na wysokości blisko 4000m

Kiedy rano niechętnie wynurzyłem nos poza namiot, mym oczom ukazała się cieńka, biała pokrywa śnieżna, która zalegała na namiocie i wszystkich kamieniach dookoła. Śnieg szybko stopniał, ale dzień był naprawdę mroźny – wiatr, śnieg, deszcz – przenikliwy ziąb.

Pogoda nie pozwalała na wyjście aklimatyzacyjne powyżej 4000m. Taternicy z 90% pewnością określili, że w nadchodzącej nocy nad szczytem ma zrobić się „komin”. Czyste niebo będzie utrzymywać się do około godziny 11, po czym znowu ma się załamać.

Wiedziałem, ze jest to jedyna szansa na zdobycie Kazbeku. Apetyt mi dopisywał. Nie robiłem nic jak tylko jadłem i odpoczywałem, odpoczywałem i jadłem – na zmianę. Niestety Maciek czuł się zgoła odmiennie – pojawiły się nowe objawy choroby wysokościowej, stawało się oczywiste, że nie będzie mógł iść wyżej. Aby wejść na sam szczyt trzeba wyruszyć z bazy jeszcze w godzinach nocnych tj. między 2, a 3.

7

Czas płynął, a chmury tego dnia mocno przylegały do szczytów gór. Stan zdrowia mojego kompana w drugiej części dnia znacznie się poprawił, jednak zarówno ja, jak on sam zdawaliśmy sobie sprawę, ze jego organizm jest zbyt osłabiony, by podjąć taki wysiłek. Z drugiej strony nie było możliwości  dołączenia samemu do innej ekipy – bez odpowiedniej aklimatyzacji, mimo dobrego przygotowania fizycznego byłem zbyt niepewnym “zawodnikiem”. Prognozy na następne dni nie pozostawiały złudzeń – poza zbliżającą się nocą, Kazbek znów miał się znaleźć w “ramionach” ciemnych, złowieszczych chmur.

Okno pogodowe

Zmrok pokrył już wszystko dookoła, nastała cisza. Całe obozowisko tak żywe za dnia, wypełnione alpinistami z wielu krajów świata – teraz jakby zamarło. Wszyscy zdawali się wyczekiwać upragnionej godziny wymarszu. Noc była jasna – księżyc świecił niczym słońce za dnia. Wszystkie chmury zeszły do doliny, a naszym oczom ukazał się niesamowity widok odsłoniętych szczytów Kaukazu.

8

On jednak był najważniejszy – Kazbek – główny cel wyprawy, granica, którą tak spieszno chciałem przekroczyć/pokonać. W świetle księżyca wyglądał zjawiskowo – kusił, zapraszał, w swe śnieżne, mroźne progi. Czułem, jakby góra rzucała mi wyzwanie. Byłem przecież tak dobrze przygotowany fizycznie, miałem doskonałe samopoczucie na wysokości 3700m, mentalnie czułem, że jest to w zasięgu moich możliwości.

Mierz siły na zamiary

Największe wyzwanie nie polegało jednak, na postawieniu stóp na samym wierzchołku, a skonfrontowaniu resztek zdrowego rozsądku, z własnymi pragnieniami – zrobienia bilansu zysków i strat. Zabrzmi to banalnie, ale po stronie strat można było wpisać własne życie. Do gór zawsze trzeba czuć respekt, sam Kazbek już pochłonął niejedną duszę, a stawianie pytania – “dlaczego akurat mnie miałoby to spotkać?”, jest nie na miejscu, w gruncie rzeczy brzmi ono infantylnie i najprościej w świecie nie ma najmniejszego sensu. Wyjście samemu z tak niewielkim bagażem doświadczenia byłoby nie tyle szaloną, co absurdalnie głupią decyzją. Nie wiedziałem jak mój organizm zareaguje na blisko 5000m czy jakie przeciwności zaserwuje kapryśna góra. Naturalnie przeszła mi przez głowę myśl, by iść w pojedynkę, na szczęście w ostatecznym i jedynym właściwym rozrachunku podjąłem decyzje o zejściu skoro świt.

Bazując na doświadczeniu z poprzedniej nocy – ubrałem się we wszystko – dosłownie wszystko co miałem w plecaku, na tzw. cebulkę. Nie mogłem jednak zasnąć – podświadomie ciężko było pogodzić się z rezygnacją.

W blasku słońca

Po paru godzinach snu, wstaliśmy razem z pierwszymi promieniami słońca i koło godziny 6 wyruszyliśmy w dół. Pogoda znakomita – po raz pierwszy ujrzeliśmy szczyt w całej okazałości. Schodziliśmy dobrym tempem raz po raz spoglądając za plecy, oddalającego się Kazbeku i tracąc około 20 minut na odnalezienie właściwego zejścia z lodowca. Koło godziny 10 wolno zaczęły przetaczać się chmury, a o 12 zgodnie z prognozami droga na szczyt została zamknięta przez warunki atmosferyczne.

10

Wschód słońca na lodowcu

Gdy strudzeni wędrowcy wrócili do Stepantsmindy, niebo już rzewnie “płakało”. Kazbek tym razem dał mi lekcje pokory i mimo, że niezdobyty – poszerzył bagaż z doświadczeniem w górskich wyprawach. Jestem przekonany, że w niedalekiej przyszłości wrócimy i spojrzymy na szczyt z innej perspektywy – mając go u stóp.

 

 

Przydatne informacje:

  1. Do Stepantsmindy można dotrzeć z Tbilisi marszrutkami (busy) – kursują bardzo często, a ich koszt wacha się między 10/15 lari;
  2. W Stepantsmindzie bezpośrednio przy “dworcu” każdy ma możliwość wypożyczenia sprzętu wspinaczkowego niezbędnego do wejścia na sam Kazbek;
  3. Namioty w Gruzji rozbijamy gdzie dusza zapragnie, wedle własnego uznania;
  4. Przy stacji METEO wisi tablica informująca, iż koszt rozbicia namiotu wynosi 10 lari – w praktyce nikt nie egzekwuje należności;
  5. Wspomniane w tekście rzeczy zostawiliśmy w Guest-housie Nazi.

 

 

Dodaj komentarz