Brak komentarzy

Droga na Kazbek. Część 1

Stepanstminda

Do Stepansmindy (małego górskiego miasteczka u podnóży Kazbeku) trafiliśmy w środku nocy. Teren nieznany – założyliśmy czołówki i po krótkim rozeznaniu wybraliśmy miejsce na obóz – pośród drzew. Z nieba niepozornie zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, a w oddali złowieszczo trzaskały pioruny burzy, przetaczającej się przez szczyty Kaukazu.

W pośpiechu zaczęliśmy rozbijać namiot dodatkowo wzmacniając go „szablami”. Nie minęło 20 minut, nim weszliśmy do namiotu, a na zewnątrz rozpętało się istne piekło. Jak żyje takiej burzy w Polsce nie widziałem, ani co istotniejsze – nie słyszałem! Gigantyczne krople spadające z impetem na ziemie, bardzo szybko zamieniły teren dookoła w bagno. Kwestią czasu wydawało się, że zaczniemy nabierać wody. Pioruny trzaskały, wicher dął w najlepsze, a my w środku namiotu pośród licznych drzew, z których niejedno mogło spaść nam na „głowę”. Hałas do tego stopnia, że nie szło w namiocie ze sobą rozmawiać – istny koszmar, który trwał blisko godzinę.

Namiot spisał się bez zarzutów – po pierwsze nie odfrunął razem z nami, po drugie nie nabrał wody – rzeczy mieliśmy suche – co w perspektywie planowanej wspinaczki było bardzo istotne. Teraz mogliśmy spać spokojnie, by jak to po burzy bywa, przywitać dzień wraz z promieniami słońca.

1

Widok na Stepantsminde (Kazbegi)

Tak! Pogoda idealna! Kazbek co prawda zanurzony w gęstych chmurach, ale na dole grzało nader mocno. Uznaliśmy, iż czas zmienić klimat na nieco bardziej górski. Nie zwlekając zwinęliśmy obozowisko i zrobiliśmy niezbędne zaopatrzenie. Zgodnie z radą wcześniej spotkanej grupki Polaków część rzeczy zostawiliśmy u bardzo miłej i pomocnej Gruzinki. Kilka ciężkich kilogramów „spadło” z pleców! Ruszyliśmy!

Cminda Sameba

Upał dawał się we znaki. Po krótkim marszu dotarliśmy do kościółka Cminda Sameba. W środku akurat odbywało się nabożeństwo, więc zwiedziliśmy go w ekspresowym tempie. Widoki niesamowite – całe miasteczko mieliśmy u stóp, a jak okiem sięgnąć szczyty Kaukazu. Posileni ruszyliśmy dalej. W drodze dołączył do nas pies „przewodnik”, który biegł przodem i gdy tylko tracił mnie z pola widzenia – stawał i cierpliwie czekał, by wskazać właściwą drogę. Może po prostu przekonała go parówka, którą to mu obiecałem, jak tylko dojdziemy do obranego na ten dzień celu.

Im wyżej tym naturalnie robiło się coraz bardziej rześko i nie ukrywam, że przyjemniej.  Po 2 godzinach wędrówki brnęliśmy już w chmurach, z tego powodu widoczność była bardzo ograniczona. Gdy dotarliśmy do przełęczy, dzień chylił się ku końcowi – naszym oczom ukazał się Kazbek. Po raz pierwszy choć na krótką chwilę można było dostrzec szczyt, jednak dalej otulony grubą „kołdrą” z chmur.

Czekając wcześniej za Maciejem w towarzystwie psa barwy czarnej, rasy niezidentyfikowanej – zwróciłem uwagę na schodzącą z Gruzinem  Polkę. Jako, że pora na zejście nie była już najlepsza – z wrodzonej ciekawości postanowiłem „zagadać”. Niestety – jak się okazało – nasza rodaczka już na wysokości 3700m w stacji METEO nabawiła się choroby wysokościowej, przez co była zmuszona pozostawić resztę grupy i zejść bez zwłoki w dół. Jeszcze wtedy nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś takiego mogłoby przytrafić się również nam.

3

Pies „przewodnik”

Chwila przerwy i ruszyliśmy dalej. Po kilkudziesięciu minutach, jeszcze przed zmrokiem, dotarliśmy do miejsca, gdzie obok kilku innych namiotów rozbiliśmy swój dobytek. Pies przewodnik dostał zasłużoną nagrodę w postaci parówki z chlebem. Zmęczeni wędrówką z ciężkimi plecakami bez problemu “odpłynęliśmy” do krainy snu.

Pierwsze kroki na lodowcu

Mimo fatalnych prognoz pogody, jakie nieśli ze sobą mijani turyści – noc rozświetlał księżyc, a poranek przywitał nas przyjemnie grzejącym słońcem. Jak zwykle dość mozolnie, spakowaliśmy się i po przekroczeniu niepozornego potoku byliśmy pod lodowcem. Pierwszy raz w życiu przyszło nam przyodziać raki. W południowym słońcu z lodowca spływały liczne strumienie wody. Uważnie zaczęliśmy stawiać niepewne kroki. Raki nie tylko zapewniały bezpieczeństwo, jak również przynosiły prawdziwą frajdę. Droga przez lodowiec minęła stosunkowo szybko i przyjemnie. Szczeliny były bardzo dobrze widoczne – nie stwarzały zagrożenia. Szliśmy tak jak nam radzono – po końskich odchodach. Do stacji METEO konno docierają Gruzini z zaopatrzeniem, stąd te cenne ślady, które na szerokim lodowcu były naprawdę przydatne – niejedna ekipa nadłożyła spory kawał drogi idąc na własną rękę.

4

Zaopatrzenie stacji METEO

Problem pojawił się przy zejściu z lodowca, kiedy trzeba było wspiąć się w górę w kierunku już doskonale widocznej stacji METEO. W tym miejscu spotkaliśmy już wcześniej poznaną, bardzo sympatyczną parę bieszczadzkich przewodników. „Co cztery głowy to nie dwie” – ostatecznie postanowiliśmy iść śladem nieporadnie wchodzących Francuzów. Wybraliśmy teoretycznie krótszą drogę. Strome zbocze i grząski piasek niebywale utrudniały wejście. Wchodząc wyżej naszym oczom ukazał się właściwy szlak, ze znacznie łagodniejszym podejściem. Trasa „na szagę” okazała się trudniejsza ale już po około pół godzinie byliśmy w stacji METEO.

5

Lodowiec, a nad nim zanurzony w chmurach szczyt Kazbeku

U podnóży Kazbeku

W wielkim obozowisku, przy pseudo schronisku stało już sporo namiotów. Śmiałków na pozostający w chmurach Kazbek było niewielu. Prognozy polskich taterników szukających ciała młodego Polaka, który zginął w zeszłym roku – dawały szanse jednego „czystego” dnia. Na wysokości 3700m temperatura znacznie spadła. Bez typowo zimowego ekwipunku by się nie obyło. Namiot osłoniliśmy i obłożyliśmy od strony zawietrznej szczelnie kamieniami, po czym udaliśmy się do stacji przygotować ciepły posiłek i gorącą herbatę.

Surowe mury “schroniska”, a wewnątrz mały pokoik, w którym wszyscy przebywali. Miało to swój klimat. Z drugiej strony w oczy rzucały się sterty walających  wszędzie śmieci, ogólny nieład i mnóstwo rzeczy pozostawionych przez amatorów wspinaczki. Mimo to, w pomieszczeniu było znacznie cieplej, aniżeli na zewnątrz oraz co najważniejsze – nie wiało, dzięki czemu bez problemu mogliśmy rozpalić gazówkę.

6

Stacja METEO

Odpocząłem trochę – zarówno apetyt, jak i humor mnie nie opuszczały, czułem się świetnie! Gorzej z Maciejem – gorączka i dreszcze były złym zwiastunem choroby wysokościowej, której gdzieś podświadomie się obawialiśmy. Noc na tej wysokości była koszmarna – mimo szczelnie obłożonego kamieniami namiotu – przenikliwy wiatr dawał we znaki. Budziłem się całą noc dygocąc z zimna. Minusem okazały się nasze śpiwory – nieprzystosowane do takich warunków (nadmienię, że zamówiliśmy lepsze, ale w zasadzie przez miesiąc nie dotarły do odbiorców – tak bywa gdy kupuje się na ostatnią chwilę i przez internet)…

Dodaj komentarz